Uroda

Róż do twarzy- magiczna metoda na piękno

Zmęczenie, brak snu, zwykłe codzienne zmartwienia i kiepskie odżywianie. Wszystkie te problemy widać na naszej skórze twarzy, która z upływem czasu robi się szara albo blada. Pamiętam, kiedy jeszcze podczas studiów wracałam do rodziców, a oni wciąż mówili, jaka to jestem blada i wszystko pewnie dlatego, że o siebie nie dbam. Nic bardziej mylnego, ja mam jasną karnację, która nic a nic nie chce się zarumienić. Nie wynika to też z mojego stanu zdrowia czy anemii. Oczywiście, blada buzia może być wynikiem stresu, zmartwienia w życiu codziennym, ale niekoniecznie choroby.

W dawnych czasach rumieniec u kobiet oznaczał, że jest ona bardzo atrakcyjna, a co za tym idzie, cieszy się bardzo dużym powodzeniem u mężczyzn. Kiedy kobieta się rumieniła, świadczyło to o jej niewinności, wrażliwości i dobrym wychowaniu. Rumieniec po dziś dzień jest kojarzony z naturalnością i dziewczęcym wdziękiem. Oczywiście, rumieńce są dla niektórych przekleństwem, bo zdradzają zakłopotanie czy emocje i uczucia, o których nie chciano by mówić. 

Jednak naturalny rumieniec potrafi być piękny i uroczy. Nie warto się go wstydzić, a podkreślać i się nim cieszyć. 

Ja mam bardzo jasną, wręcz porcelanową karnację. Często chciałabym mieć delikatne rumieńce, a nie chcą się one pojawić. Ale przecież mogę je sobie narysować i służą temu róże do policzków, które po prostu uwielbiam, bo: 

    pozwalają uzyskać naturalny rumieniec bez efektu sztuczności;

    odmładzają i dodają dziewczęcości;

    odświeżają cerę;

    podkreślają kości policzkowe;

    optycznie wyszczuplają;

    rozświetlają.

To są największe zalety róży do twarzy, jakie widzę, ale pewnie ile użytkowniczek, tyle opinii. Dla siebie wybrałam róże mineralne. Nie tak dawno pisałam Wam o świetnej marce podkładów mineralnych od Annabelle Minerals, ale oprócz nich kupiłam też właśnie róże mineralne. Bardzo cenię sobie te róże, ponieważ świetnie współgrają z podkładem, idealnie się łączą, a poza tym są niezwykle naturalne. Przy wyborze różu, kierowałam się delikatnym efektem i odcieniem perfekcyjnie dopasowanym, ponieważ nie lubię przerysowanego makijażu.

Mineralne róże do twarzy od Annabelle Minerals mają w składzie mikę, która delikatnie rozświetla i sprawia, że światło odbija się od ich powierzchni. Dzięki temu wypukłości na policzkach wyglądają subtelnie. Róże mineralne zawierają także dwutlenek tytanu, co sprawia, że produkt jest wyjątkowo trwały. 

Dodatkowymi składnikami, które znajdziecie w niektórych różach od Annabelle, są: olej z nasion słonecznika, który regeneruje i zmiękcza naskórek, olej jojoba, który zapobiega utracie wody, a co za tym idzie, pomaga utrzymać jędrność i witaminę E, która odpowiada za neutralizację wolnych rodników, a dodatkowo opóźnia starzenie.  

Nie bójcie się róży mineralnych, ponieważ Annabelle Minerals posiada aż 8 odcieni, dzięki czemu osoby o każdym odcieniu karnacji znajdzie coś dla siebie. 

Kosmetyki posiadają też różne poziomy nasycenia i jasności. Co równie ważne róże stopniują się na twarzy. Jeśli chce się uzyskać lekki efekt, wystarczy musnąć lekko pędzlem poniżej kości policzkowej. Jeśli zaś zależy nam na mocniejszym efekcie, przesuwamy pędzlem kilka razy aż do momentu, który nas satysfakcjonuje. 

Pamiętajcie, by nie aplikować różu na kości policzkowe, a delikatnie pod nimi, aby to sobie ułatwić, podczas aplikacji wciągnijcie policzki, by lepiej zauważyć tę część twarzy. 

Ja wybrałam odcień różu o chłodno różowym odcieniu, który idealnie komponuje się z moją bardzo jasną karnacją. Co ciekawe, zaopatrzyłam się także w lekko brzoskwiniowy kolor różu, który sprawdził się latem, kiedy miałam skórę muśniętą słońcem. Taki brzoskwiniowy odcień jest idealny również do makijażu powiek albo dla osób o bardziej zaawansowanych umiejętnościach makijażowych, do konturowania twarzy – taki produkt 3 w 1. 

Dla mnie róż do policzków to must have i coś co dodaje mojemu wyglądowi zdrowego wyglądu i dziewczęcości. 

Z resztą, powiedzcie, kim byłaby Hania bez różu? Ja nie wyobrażam sobie bez niego życia. ;)